Mila...
Nic już nie było takie proste.Co chwila wszystko się waliło.Nawet ja nie miałam już na to siły.Jak ten dupek mógł to zrobić?!Ufałam mu!Ufałam do cholery jasnej!Jeśli Sam wpadnie na swój genialny pomysł on ją zabije. Starce wtedy wszystko.Moje życie straci sens.
Siedziałam w wannie wdychając zapach wanilii.Cholera nic już nie jest takie proste jak do tej pory mi się zdawało.
Razem z Sam wyprowadziłyśmy się z domu i zamieszkałyśmy u Cary.We trójkę dobrze nam się mieszkało.Wiedziałam,że cokolwiek by mi się stało moja przyjaciółka zaopiekuje się Sam.
-Mila długo jeszcze?!-krzyknęła Sam waląc w drzwi.-Siku!
-Poczekaj chwile.Już wychodzę.-przewróciłam oczami i owinęłam się ręcznikiem.
-O.Łatwo poszło.-zdziwiła się.
-Jestem za miła dla ciebie.-mruknęłam,a ona prasnęła śmiechem.
-Oczywiście.Wmawiaj sobie dalej.
-Naprawdę jestem miła,Sam.-powiedziałam wychodząc z łazienki a ona jak strzała wpadła do łazienki.Ubrałam się <KLIK> i czym prędzej je włożyłam.Gdy tylko się ubrałam do pokoju weszła Sam.
-Mila...-zaczęła.
-Nie chce słuchać o tobie,twoich problemach,Niallu,czy o czymś innym.
-Co z tym robimy?
-Ty i chłopaki nic.-popatrzyłam na nią.
-Nie...
-Nie dyskutuje z tobą na ten temat.To gra Sam.Kto pierwszy ten lepszy.Ktoś zginie i ma być to on.Pamiętasz jak mówił,że namierzył kogoś z Policji?
-Tak?
-To był Drake Morisson.
-Cholera.On...
-Nie żyje.Prawdopodobnie Christian go zabił.
Nareszcie wszystko układało się w logiczną całość.Szykuje się powili koniec tego wszystkiego.
-Powiemy im?-zapytała nagle.
-Sami się dowiedzą.Kiedy odejdziemy.
-Ale ja nie chce!-łzy spływały po jej policzkach.-Rozumiesz?Nie chce!
-Zmienisz zdanie,skarbie.-uśmiechnęłam się.
-Mila. Ja nie mogę odejść. Ty też nie. Dobrze wiem o tym, że go kochasz. Nigdy nikogo tak nie kochałaś.-łkała Sam.-Ja też go kocham.
-Musimy odejść, rozumiesz? Nie możesz pojąć tego, że nie będziecie razem...-wstrzymałam oddech.-Ja i Harry też nie.
-Pozwoliłaś mi się w to, aż tak bardzo wkręcić. Nie mogłaś mi dać w twarz jak Ci powiedziałam, że go kocham? Mogłaś zrobić cokolwiek.-płakała, chowając twarz w dłonie.
-Może jeszcze powiesz, że to moja wina, że się w nim zakochałaś? Ostrzegałam.- Mówiłam, że to nie ma przyszłości. Ty jak zwykle musiałaś włączyć to swoje czułe serduszko, zakochać się w nim, dać mu dupy kilka razy, a teraz siedzisz tu i płaczesz?! I wmawiasz mi, że to moja wina!-krzyknęłam nie wytrzymując.-Powiedz jeszcze,że to jeszcze kurwa moja wina,że Howard nie żyje!
-Przestań na mnie krzyczeć!-wrzasnęła gwałtownie wstając i łapiąc mnie za nadgarstki. Zmieniła się od początku zadania.
-Oj daj mi święty spokój.-wyrwałam jej się.-Sama zaczęłaś.A teraz już sobie idź.Mam cię dość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz